Reż. Jay Woelfel
Film Jaya Woelfel?a z 2004 furory nie zrobił, recenzje, które można na jego temat znaleźć jadą po nim jak po łysej kobyle i jedyne co skłania do jego obejrzenia to wypaśny plakat. Dlaczego więc zdecydowałem się o nim napisać? Cóż, z jednej prostej przyczyny: film mi się spodobał. Dlaczego? Nie pytajcie mnie, to prędzej może temat dla psychoanalityka.
Film jest niemalże typowym półproduktem puszczanym bezpośrednio na rynek wideo. Cechują go takie atrakcje jak słaba gra aktorska, mierne efekty specjalne, drewniane dialogi i niewyszukana fabuła. O jego niskim budżecie niech świadczy fakt, że domek w którym mieszka główna bohaterka służył nie tylko jako plan zdjęciowy, ale także pomieszczenie mieszkalne dla ekipy i obsady, garderoba i studio efektów specjalnych. Mógłbym rozpisywać się, jak to się przekłada na jakość filmu, ale czy jest sens, żebym dołączył do grona kopiących leżącego?
Otóż poznajemy niejaką Becky Haster, która w momencie kiedy jej ukochani rodzice wydawali ostatnie tchnienie, trując się gazem ulatniającym z wadliwej instalacji, oddawała się rozkoszom szybkiego seksu w samochodzie z przygodnie poznanym facetem. O wynikłej z tego rozpaczy i wyrzutach sumienia nie będę się rozpisywał, zresztą nie bardzo nawet wiem, jak się to ma do reszty filmu.
Zdołowana bohaterka jedzie ukoić nerwy do domku nad jeziorem, ale niestety okazuje się, że wyłażą z niego wszelkie możliwe nieboszczyki, którym przydarzyło się tam utonąć. Co gorsza, każdy z nich ma ochotę zaciągnąć sobie kogoś do towarzystwa.
Zanim wyjdę na kompletnego wariata, powiem od razu, że film może się spodobać wyłącznie fanom kiczu (jest kilku takich, choć zdecydowana większość woli kicz wysokobudżetowy). Ja jako fan różnego rodzaju badziewia, bawiłem się wybornie od samego początku, jak tylko zobaczyłem przetykane sceny pogrzebu, konających w konwulsjach rodziców i bzykającej się w aucie Becky. Zresztą dobry humor nie opuszczał mnie do końca filmu. Sami twórcy zdaje się podeszli do swojego dzieła dość swobodnie (co nie znaczy, że humor zawsze jest zamierzony) Akcja toczy się nieco leniwie, ale twórcom udało się stworzyć jakąś namiastkę klimatu, która trochę to rekompensuje. Bohaterka spotyka rozmaite postacie, niektóre w końcu okazują się duchami z jeziora i jest to dość ciekawy zabieg, bo w pewnym momencie nie wiadomo już kto się jej zwiduje, a kto jest żywym człowiekiem, choć niestety w kontekście zakończenia troszkę brak w tym logiki. Do plusów filmu można też zaliczyć kilka ciekawych ujęć i parę jump scenek, choć kaszaniarskie efekty specjalne często psują efekt grozy.
Po takiej, jakże szczerej recenzji, czytelników którzy doczytali do końca, zapraszam na seans.