
Reż. Soham Shah
IMDB rating: 3.9/10
Animal attack ciężko jest nazwać tematyką filmu, która cieszyłaby się większą sympatią w Indiach. Dotychczas doczekaliśmy się raptem dwóch (o ile mnie pamięć nie zawodzi) produkcji, określanych mianem horrorów, w których groza czaiła się w postaci zwierząt. Za pierwszym razem był to rekin, który siał postrach w obrazie z 1996 roku o nazwie Aatank. Jak już pewnie większość osób się domyśla, film nie zrobił furory na miłośnikach Bollywoodu i przeszedł właściwie bez echa (może to i nawet lepiej, rekin strącający helikopter to nie powód do dumy). Po blisko 10 latach inny reżyser: Soham Shah, postanowił zmierzyć się z morderczym zwierzakiem w swoim debiutanckim dziele. Za podstawę scenariusza podaje się oficjalnie skrypt Killers of Kilimanjaro (1959), ale nie jestem w stanie zweryfikować, ile jest w tym prawdy. Wiem za to, że choć na wydaniu DVD filmu pojawiają się cytaty sugerujące jakoby był to remake The Ghost and the Darkness (1996), jest to niezwykle mało trafne spostrzeżenie. Jak się bowiem okazuje, animal attack to jedynie drobna część atrakcji przygotowanych przez reżysera.
Kaal opowiada nam historię eksperta od tygrysów - Krisha i jego pięknej żony Riyi (Esha Deol znana ze slashera Kucch To Hai), którzy wyruszają do Jim Corbett National Wildlife Park (żenujący błąd w tłumaczeniu na język angielski, jaki Orbit Park znowu?), aby zbadać serię tajemniczych morderstw, które nękają ten rejon od około dwóch miesięcy. Brutalnie okaleczone zwłoki przypisuje się atakom tygrysa-ludojada, który tak bardzo zasmakował w ludzkim mięsie, że od tej pory stanowi ono jego podstawową dietę. Krish nie bardzo wierzy, że w parku czyha na życie turystów tak groźna bestia, a jego ocena sytuacji opiera się na danych podesłanych mu przez przełożonych z National Geographic, według których wzrosła dość wyraźnie liczba zabitych tygrysów przez nielegalnych kłusowników. Wygląda więc na to, że zagrożenie istnieje nie tyle ze strony zwierzęcia, ale głównie ze strony bezwzględnych ludzi prowadzących nielegalne interesy. Zanim Krish wraz z Riyą dotrą do celu swojej podróży, po drodze napotykają na grupkę przyjaciół (Dev Malhotra, Ishika, Vishal, Sajid), którzy także obrali Park Jima Corbetta na miejsce swojej wycieczki. Żaden z bohaterów nie przeczuwa, że już wkrótce znajdą się na celowniku tajemniczej istoty, kryjącej się w gęstych lasach, zewsząd otaczających okolicę. Czy komukolwiek uda się przeżyć w tym raju na ziemi, który bardzo szybko zamienił się w piekło, grzebiące swoje kolejne ofiary?
Początek filmu (nie wliczając standardowej porcji śpiewu i tańca) może przypaść do gustu większości miłośników nurtu animal attack. Nakręcona nocą, scena ataku tygrysa bengalskiego na ludzi jest całkiem imponująca i zachęca widzów do bliższego zapoznania się z dalszą częścią filmu. Oczywiście jest to dość złudne, gdyż w trakcie trwania seansu, coraz bardziej odbiorca odkrywa, jak bardzo dał się zrobić w przysłowiowego konia...a może raczej tygrysa? Mimo wszystko nie określiłbym tego obrazu stricte nieudanym. Mamy tu bowiem do czynienia z kilkoma interesującymi rzeczami, o których postaram się opowiedzieć kilka słów.
Na samym wstępie warto zacząć od przybliżenia miejsca akcji, w którym przyszło bohaterom walczyć o swoje życie. Za arenę tych wydarzeń posłużył Park Jima Corbetta - najstarszy park narodowy w Indiach, jedna z wielu wspaniałych atrakcji turystycznych, na jakie można natknąć się w tym kraju. Co ciekawe, park ten stanowi ważną ostoję zagrożonego wyginięciem tygrysa bengalskiego, który w filmie odgrywa dość znaczącą rolę. Skoro już jesteśmy przy tych pięknych, ale jakże niebezpiecznych zwierzętach, to nie można zapominać, że w Indiach stanowią one poważny problem dla mieszkańców. Choć ciężko w to uwierzyć (w szczególności mieszkając w Europie), ale w Indiach, do niedawna, od ataków tygrysów ginęło rocznie około 50-60 osób. Liczba ta wydaje się duża, ale to i tak wierzchołek góry lodowej i statystyk, które prezentowały się niegdyś wyjątkowo tragicznie: w latach 20' XX wieku w Indiach odnotowano 7000 (!!!) przypadków śmiertelnych spowodowanych przez tygrysy. W tej niechlubnej historii zapisał się również tygrys-ludojad z Champawat, który miał na swoim koncie... 436 ofiar (został zastrzelony przez Corbetta, od którego nazwiska nosi nazwę Park Jima Corbetta).
Choć dla europejskiego widza informacje te są jedynie interesującą ciekawostką, zupełnie inaczej odbierają je mieszkańcy Indii, którzy mają do czynienia na co dzień z tak potworną rzeczywistością. Na pocieszenie dodam, że ostatnimi laty liczba ofiar w ludziach bardzo zmalała, na skutek otruć tygrysów (niezbyt etyczne podejście, ale skuteczne), ale strach przed tymi zwierzętami pozostanie w sercach na bardzo długo.
Patrząc na dobór lokalizacji oraz tematykę można śmiało powiedzieć, że film miał duże szanse odnieść sukces. W szczególności warto podkreślić zapierające dech w piersiach zdjęcia przyrody, które momentami przypominają wręcz materiał nakręcony przez jakiegoś podróżnika z wyprawy do wnętrza jakieś pradawnej dżungli. Niestety, same widoki nie wystarczą, żeby widz mógł zaliczyć film do produkcji godnych uwagi. Przydałaby się również w miarę sensowna fabuła, której niestety tutaj nie uświadczymy. O ile na początku twórca stara się nam za wszelką cenę wpoić, że za morderstwami stoi tygrys, tak w miarę trwania filmu coraz ciężej uwierzyć w tą teorię. I faktycznie, tuż przed finałem obrazu, cała zagadka się wyjaśnia i... robi się wyjątkowo niedorzecznie. Mieszanka filmu przygodowego z horrorem, szczypta ghost story, a do tego elementy znane z Final Destination, to przepis jakiegoś zdrowo rąbniętego kucharza, który kariery w gastronomii nie zrobi.
Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze stosunkowo kiepskie aktorstwo (pomijam milczeniem, że poszczególne aktorki mają śliczne ciała i nieźle tańczą) oraz koszmarne, wyjątkowo niedopracowane dialogi, które ciężko traktować na poważnie. Swoiste magnum opus stanowi postać Deva Malhotry, który około 30 (!) razy wygłasza kwestię "zabiję cię". Gdzieś tak po 15 wygłoszeniu przez niego tych słów, miałem niewątpliwą ochotę sam go przerobić na befsztyk, nie czekając aż go dopadnie tygrys.
Na sam koniec humorystyczna ciekawostka prosto z Polski. Kaal jest przez wielbicieli Bollywoodu określany mianem horroru ekologicznego. Jeśli na spokojnie prześledzi się wszystkie dialogi, odrzucając te kompletnie bezsensowne, to faktycznie obraz może się jawić jako protest przeciwko zabijaniu zwierząt dla zysku, a także jako film, który ma nauczać jak nie należy się zachowywać wobec przyrody. I choć twórca nie specjalnie osiągnął zamierzony efekt, to mam przeczucie, że chodziło mu o ukazanie dwóch różnych rodzajów bestii - tej zwierzęcej walczącej o przeżycie oraz tej ludzkiej, skrywającej się pod szyderczym uśmieszkiem na twarzy. Tym bardziej, że w dzisiejszych czasach coraz częściej do głosu dochodzi ta druga...








