
Reż. Chris Moore
IMDB rating: 5.2/10
Czy ktokolwiek wierzył, że tegoroczny Horrorfest obędzie się bez choćby jednego slashera? Najwyraźniej twórcy również byli zdania, że co jak co, ale mordercy biegającego po lesie za bandą rozwydrzonych nastolatków zabraknąć nie może. Trzeba było znaleźć jeszcze tylko chwytliwy tytuł, najlepiej z reżyserem, którego choć część widzów kojarzy. Sztuka ta udała się połowicznie, gdyż niejaki Chris Moore widzom, owszem, jest znany, ale bardziej jako producent kultowej, "krwawej" serii... American Pie (tak, to ta z szarlotką i Stiflerem). Najwyraźniej nie przeszkodziło to jednak w obsadzeniu go na stanowisku reżysera horroru. Jesteście ciekawi jak Moore'owi udało się zastąpić szarlotkę psychopatycznym mordercą?
Brent to typowy synuś bogatego ojca, dla którego praca i zarabianie szmalu jest znacznie ważniejsze niż czas poświęcony rodzinie. Może ktoś inny narzekałby na brak ciepła domowego ogniska, ale dla Brenta dwie pary kluczy - do luksusowego auta i ekskluzywnej hawiry, są wystarczającym dowodem ojcowskiej miłości. Nie wszystko jednak można kupić za pieniądze. Przekonany o słuszności tej tezy, Brant postanawia wyprawić wyjątkową imprezę dla grona swoich przyjaciół z koledżu, aby podziękować im za wspólnie spędzone lata. Skuszeni darmowym żarciem i piciem oraz noclegiem z dala od rodziców, wszyscy z wielką chęcią przystają na propozycję. Po przyjeździe na miejsce, ich oczom ukazuje się istny raj na ziemi. Lodówki wypełnione alkoholem, miękkie łóżka gotowe do frywolnych akcji, a nade wszystko totalny luz, zapowiadają wyśmienite imprezowanie. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie tajemniczy psychol, który upatrzył sobie właśnie dom Brenta na miejsce swojej wyjątkowo śmiertelnej rozgrywki. Zdani tylko na własne siły, nastolatkowie przystępują do gry, w której stawką jest życie...
Grupka relaksujących się nastolatków kontra niebezpieczny morderca, to schemat który mamy okazję oglądać średnio raz na miesiąc. Czy i tym razem czeka nas powtórka z rozrywki? Obawiam się, że odpowiedź na to pytanie jest Wam już doskonale znana. Na nic zdały się pomysły reżysera, jakoby psychopata kreował postać na miarę Jigsawa, na nic zdały się również liczne zmiany w scenariuszu. I choć staram się z całych sił wierzyć, że twórca chciał stworzyć naprawdę coś wyjątkowego, to niestety... wyszło jak zawsze. Tak więc standardowo (jak w tysiącach innych filmów tego pokroju), wpierw czeka nas widok imprezujących nastolatków, a następnie ich kolejne wybijanie się nawzajem. Oczywiście wszystko dzieje się w domu milionera, a jak przystało na bogacza nie ma w nim komórek, telefonów, komputerów, laptopów i innych cudeniek techniki, które najwyraźniej nie są znane w USA. Szybko wychodzi również na jaw, że cała zgrana paczka, która z pozoru jest nierozłączna, w istocie stanowi grupę kompletnie sobie obcych ludzi, którzy najzwyczajniej w świecie się nienawidzą. Czy można się jednak dziwić? Cóż... biorąc pod uwagę fakt, że każdy z każdym sypia, to jakoś trudno uwierzyć w lojalność i wzajemne zaufanie. Patrząc na to z jakim towarzystwem mamy do czynienia, wychodzi na to, że morderca ma wyjątkowo proste zadanie. Nie musi ani specjalnie zabiegać o to, żeby skłócić ze sobą poszczególne osoby, ani też wysilać się, aby nastolatkowie sięgnęli po broń i użyli jej wobec siebie samych.
Kill Theory to kolejny film, który nie oferuje nic poza dopracowaną do perfekcji stroną techniczną obrazu. I choć szanuję fakt, że twórcy zadbali o lokalizacje, montaż, ścieżkę dźwiękową czy nawet efekty (dość spora ilość scen krwawych), to nie mogę napisać, że to produkcja godna jakiejkolwiek uwagi. Takich obrazów w USA, a ostatnio również w Europie, powstają setki i tak samo szybko jak się pojawiają na horrorowej mapce, tak równie błyskawicznie z niej znikają. Slasher nie jest gatunkiem, w którym fabuła i zwroty akcji stanowiłyby wysoce intelektualną rozrywkę, ale nie oznacza to, że widz ma otrzymać papkę, w której nie trzeba choćby na moment rozruszać szarych komórek.




